Festiwal Piosenki Literackiej im. Łucji Prus W ŻÓŁTYCH PŁOMIENIACH LIŚCI...
jest okazją do promocji młodych talentów i nowych piosenek z dobrą muzyką i dobrym tekstem. Podczas trzech dni Festiwalu zakwalifikowani uczestnicy - studenci i absolwenci szkół teatralnych, muzycznych i wokalnych - prezentują piosenki z repertuaru Łucji Prus (piosenkarki pochodzącej z Białegostoku) oraz utwory znanych i debiutujących autorów piosenki literackiej. Poprzez spotkanie młodych wykonawców z publicznością, która ceni i lubi dobrą muzykę, chcemy przypomnieć i od nowa walczyć o wysoką jakość polskiej piosenki oraz przywrócić potrzebę śpiewania o rzeczach ważnych i nieprzemijających. V edycja Festiwalu odbędzie się w dniach dniach 4-6 października 2013 r. w Spodkach Wojewódzkiego Ośrodka Animacji Kultury i Białostockim Ośrodku Kultury.


Reżyseria koncertów konkursowych i koncertu galowego - Piotr Jędrzejczak
Oprawa plastyczna - Dominika Kiszkiel
Aranżacja utworów konkursowych i kierownictwo bandu festiwalowego - Piotr Matuszczyk
Koordynator projektu - Magdalena Kruszyńska- Sosnowska

Łucja Weronika Prus 
Mówi się o niej, że miała wyjątkowy głos i wielką umiejętność doboru repertuaru, koncentrowała się na poezji, a także na muzyce poważnej. Jej piosenki znała i śpiewała cała Polska. Wylansowała popularne przeboje takie jak: "Dookoła noc się stała", "Nic dwa razy", "Twój portret", "W żółtych płomieniach liści", "Walc chopinowski", "Tango z różą w zębach". Przyszła na świat 25 maja 1942 roku w Białymstoku. Tu też uczęszczała do szkoły muzycznej (klasa skrzypiec). Następnie ukończyła Wydział Wokalny i Piosenkarski Średniej Szkoły Muzycznej im. F. Chopina w Warszawie oraz Studio Piosenki PAA Pagart. W 1962 roku zdobyła II nagrodę w Radiowym Konkursie Piosenkarskim, co zaowocowało nagraniem jej pierwszych piosenek dla Polskiego Radia.
Wielu do dziś wspomina jej niezwykły dar stwarzania nastrojowych klimatów. W wywiadach powtarzała, że właśnie tego szukała zawsze zarówno w tekście jak i muzyce. Nic dziwnego, bowiem pisali dla niej sami najwięksi: Nahorny, Sławiński, Namysłowski, Wasowski, Osiecka, Kofta, Wołek, Młynarski. Wielokrotnie doceniano jej talent nagradzając ją na wielu festiwalach. Współpracowała przy produkcjach telewizyjnych i filmowych oraz z artystami takimi jak: Alicja Majewska, Jerzy Połomski, czy zespół Skaldowie. Prezentując swoje piosenki zawsze chciała powiedzieć coś ważnego, dlatego nigdy nie zaśpiewała czegoś banalnego i bez znaczenia, świadczą o tym preferowane przez nią teksty m. in. Szymborskiej, Osieckiej, czy Miłosza. Kiedy Maria Szabłowska zapytała ją kiedyś "co tak naprawdę chcesz nam powiedzieć?", Łucja odpowiedziała: "chcę wam wyśpiewać, że życie jest piękne i trzeba korzystać z każdej jego chwili".
Smutny jest fakt, iż osobie tak rozkochanej w życiu nie udało się pokonać choroby i Łucja zmarła 3 lipca 2002 roku w Warszawie. Jej odejście było jednak pełne charyzmy i dystansu do siebie i świata.
Zgodnie z jej życzeniem na pogrzebie zabrzmiał jej ukochany przebój "Wonderful World" Louisa Armstronga, a potem także w Programie I Polskiego Radia, kiedy ją żegnano. W swoim testamencie napisała też, żeby przyjaciele po jej śmierci spotkali się na pikniku na łące. Żeby nie było żadnej stypy, bo przecież... jak śpiewała „Czemu ty się, zła godzino, z niepotrzebnym mieszasz lękiem? Jesteś - a więc musisz minąć, miniesz - a więc to jest piękne” lub „Czas uciekać musi, żeby księżyc krążył”. Łucję Prus pośmiertnie odznaczono Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski za wybitne zasługi dla kultury polskiej i osiągnięcia w pracy artystycznej.  



ŁUCJA PO RAZ PIĄTY

Festiwal Piosenki Literackiej W Żółtych Płomieniach Liści imienia Łucji Prus w Białymstoku już po raz piąty. Zatem mały jubileusz i jako ojciec założyciel poczuwam się do obowiązku wytłumaczenia dlaczego znów zaprzątam – czy raczej zaprzątamy, bo przecież czynnie są zaangażowani w ten artystyczny proceder  i Magda Kruszyńska-Sosnowska z białostockiego WOAK-u, i jej dyrektor Andrzej Marian Dyrdał – uwagę publiczności postacią patronki przedsięwzięcia i gatunkiem muzycznym zupełnie dziś nieobecnym na antenie 99.9% radiowych rozgłośni (że o telewizjach nie wspomnę) – zatem, zwłaszcza najmłodszemu pokoleniu, niemal nieznanym?

Mógłbym zrobić unik i powiedzieć tylko: właśnie dlatego. Ale będę bardziej perfidny. Odezwał się bowiem we mnie, odziedziczony po babce nauczycielce, demon pedagogiki dydaktycznej i szukających odpowiedzi na pytanie po co wymyśliłem FPL, prowadzę go i zamierzam robić to dalej – odeślę do tegorocznego, także jubileuszowego, choć nieco dłuższego stażem, bo pięćdziesiątego, Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. A  ściślej do dwu koncertów konkursowych. Kto nie był bądź nie oglądał transmisji – niech pogrzebie w sieci. Rejestracje z pewnością są dostępne.

Zacznę jednak nie od czerwcowych wypadków w słynnym amfiteatrze, lecz od zdarzeń z zupełnie innej, muzycznej planety. Dwukrotnie byłem na koncercie grupy King Crimson. Jej lider Robert Fripp – gitarzysta i kompozytor – od czterdziestu kilku lat z rozmaitymi muzykami koncertuje i nagrywa płyty z gatunku progresywnego rocka, wciąż pozostając w ścisłej awangardzie i nie odcinając kuponów od tego, co już poza nim. – Progresywny, awangardowy, poszukujący – można pewnie znaleźć jeszcze kilka przymiotników – tak czy owak – ROCK. A zatem muzyka, która w wersji koncertowej z założenia jest także widowiskiem: pulsują kolorowe światła, pojawiają się barwne dymy, projekcje filmowe, ruchoma scenografia, lasery i co tam jeszcze. – Wszystko to należy do gatunku. – Fripp tymczasem na obu koncertach wyszedł ze swoimi ludźmi na scenę równomiernie oświetloną białymi reflektorami, które ani raz nie zamrugały i nie zmieniły koloru. Żadna maszyna także nie dymiła i w ogóle poza MUZYKĄ przez dwie godziny nie pojawiło się NIC. Najzwyczajniej ubrani panowie, nie przemieszczając się, po prostu GRALI. (Często utwory o dynamice trudnej do przekroczenia.) TYLKO tyle. - Ich perfekcja zapierała dech w piersiach. – A w Opolu? – Trzeba przyznać, że pieniędzy na oprawę nie żałowano. Hektary świetlnej scenografii, zbudowanej z tysięcy trójwymiarowych elementów: otchłań podłogi i sufitu, horyzont i boki. Do tego filmy i grupy tancerzy, miotające się w różnych miejscach. Miało być nowocześnie. I oglądalnie. Bo przecież atrakcji cała masa. Masa tak wielka, że śpiewający sprawiali wrażenie osób przypadkowo porwanych na estradę przez ten rozszalały odpust w HD.

Ale była w tym konsekwencja. (Terminu: myśl - nie zaryzykuję.) Nie zaistniał powód, by uszczuplać zachwyty dla finansów i technologii na rzecz piosenkarzy, skoro nie było piosenek. Owszem, wykonywano kompozycje słowno-muzyczne. Żadnej po usłyszeniu nie miało się ochoty zanucić, żadna nie zaprzątała pamięci choćby sekundę po wybrzmieniu. Teksty nie niosły żadnych sensów. Zamiast tych można by śpiewać inne, dowolne wyrazy. Niczego by to nie zmieniło. O czym zresztą mówić, skoro na Festiwalu POLSKIEJ Piosenki jeden z zespołów wykonał utwór po angielsku, a żeby stwierdzić w jakim języku śpiewa, w wypadku innej wokalistki musiałem dotrwać do końca drugiej zwrotki, kiedy to udało mi się wreszcie zrozumieć pierwsze (z trzech zidentyfikowanych w ogóle) słowo.

Za konsekwentne trzeba w tej sytuacji uznać także wyeliminowanie zawodowego jury. – Bo właściwie CO miałoby oceniać? Pozostali liczący na wygranie auta telewidzowie, którzy opłacili swoimi esemesami ową estetyczną biegunkę.

Zapytałem niedawno Tadeusza Woźniaka, czy ktoś jeszcze pisze w Polsce prawdziwe piosenki? Z muzyką, którą natychmiast się rozpoznaje i z tekstem, który jest o czymś. – Tak, odpowiedział. Na przykład ja. Chodź do studia, pokażę ci ostatnią. – Więc jednak!

Doskonale rozumiem, że piosenka (w każdym ze swoich gatunków) zmienia się – jak sztuka w ogóle – bo zmienia się cała rzeczywistość. Wszystkie utwory, wykonywane w części konkursowej Festiwali Piosenki Literackiej – niezależnie od tego, czy są kowerami (większość), czy powstały dopiero co – dostają nowe, współczesne aranżacje Piotra Matuszczyka – szefa akompaniującego wykonawcom bendu. – Brzmią nowocześnie, nie tracąc nic ani z walorów muzycznych, ani semantycznych. Ich JAKOŚĆ we wszystkich tych warstwach sprawia, że stanowią materiał do INTERPRETACJI.

Od początku było też dla mnie jasne, że wykonawców powinni oceniać fachowcy o najwyższych kwalifikacjach. Stąd w stałym składzie jury: Włodzimierz Nahorny, Janusz Strobel, Jan Wołek, Andrzej Marian Dyrdał. Co rok uzupełnia to grono jedna z występujących na Festiwalu gwiazd. W 2013 jest to Stanisława Celińska. Swoją nagrodę przyzna też po raz kolejny Związek Artystów Scen Polskich - którego Prezes Olgierd Łukaszewicz, w uznaniu dla wysokiego poziomu artystycznego przedsięwzięcia, objął FPL honorowym patronatem – reprezentowany przez Adriannę Godlewską. – Zaryzykuję twierdzenie, że większość osób, zgłaszających się na ten konkurs wyżej od ewentualnej perspektywy spotkania z księgową WOAK-u ceni sobie fakt, że nagrody przyznają ci właśnie artyści, a nawet to, że mogą przed nimi choćby tylko wystąpić. To także wybór pomiędzy łatwą i błyskawicznie osiąganą popularnością uczestników rozmaitych telewizyjnych popisów a zdobywaną znacznie wolniej i na nieporównanie mniejszą skalę pozycją w świecie piosenki, traktowanej jako sztuka wymagająca talentu, warsztatu i smaku.

Na koniec tego zestawienia pozostaje mi zadać pytanie, jak wyglądałby Festiwal W Żółtych Płomieniach Liści, gdyby dysponował pieniędzmi tegorocznego Opola? (Rzecz jasna nie myślę, o środkach wyłudzonych od właścicieli komórek. Te – z wyjątkiem szarych – są na naszych festiwalowych koncertach całkowicie unieruchamiane. – Mam na myśli zarówno ich dźwięk, jak i świecenie. – Chodzi mi raczej o hojność dobrego i znającego swoje obowiązki wobec polskiej kultury wujka ministra albo rozumiejący swoje powinności samorząd lokalny.) – Że nie byłoby wtedy żadnych technologicznych szaleństw, mających zwiększyć „atrakcyjność” – to chyba oczywiste. Nie przeniósłbym też Łucji do wielkich sal. Spodki na przesłuchania konkursowe i kameralne występy gwiazd, a Forum na finałowy koncert galowy są idealne. – Co zatem? – Po pierwsze natychmiast wydałbym – bardzo starannie od strony edytorskiej i merytorycznej oraz w przyzwoitym nakładzie - boks ze wszystkimi 241 radiowymi nagraniami Łucji Prus. W większości są to arcydzieła polskiej piosenki. Leżą w archiwach, sporadycznie, i tylko niektóre z nich, bywają emitowane na antenie. Każdy uczestnik wszystkich kolejnych FPL otrzymywałby taki zestaw i nie mam wątpliwości, że wiedziałby, jaki z niego robić użytek.  Laureatom pierwszych nagród finansowałbym debiutanckie albumy. Wybranym osobom stypendia artystyczne. Dawałbym również grubsze koperty nagradzanym. (Choć i te dzisiejsze, nie są do pogardzenia.)

Czekając więc na wujka (wujków), robimy Łucję tak, jak dotąd. Bo jednak mamy dla kogo.

Piotr-Bogusław Jędrzejczak